Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim – miało być z przewodnikiem, a wyszło jak zwykle!

Są takie miejsca, które odwiedzasz, potem mijają lata, życie leci dalej, a pewnego dnia nagle przypominasz sobie: „Ej, przecież my tam kiedyś byliśmy! Może by tak pojechać jeszcze raz?”. Właśnie tak przypomniał nam się Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim. Byliśmy tam już dawno temu, ale uznaliśmy, że pora odświeżyć wspomnienia. Tym razem na naszą małą wyprawę zabraliśmy babcię, która podobnie jak nasza pięciolatka była tam po raz pierwszy. Plan był prosty: trochę historii, trochę spacerowania, jesienny las, rodzinny czas i może jakaś pamiątka, bez której przecież nie da się wrócić do domu. Nie przewidzieliśmy tylko jednego. Że na samym początku zaliczymy mały trening kondycyjny, a potem dowiemy się, że cała nasza gonitwa była… kompletnie niepotrzebna.

Ale po kolei!

Do zamku, biegiem, bo przewodnik odjeżdża!

Po dotarciu do Zagórza Śląskiego zaparkowaliśmy samochód przy ulicy Głównej. Parking przy drodze jest bezpłatny, więc przynajmniej tutaj obyło się bez niespodzianek i szukania drobnych po kieszeniach. Do przejścia mieliśmy około 700 metrów szlakiem czarno-zielono-żółtym, który prowadzi delikatnie pod górkę aż do zamku.

Niby tylko 700 metrów. Co to dla nas!

No właśnie. 😂

Z informacji, które wcześniej znaleźliśmy na stronie zamku, wynikało, że w dni powszednie zwiedzanie z przewodnikiem odbywa się co godzinę. A że przyjechaliśmy w środę, wszystko pięknie pasowało. No to co? NOGI ZA PAS!

– Chodźcie szybciej, bo nie zdążymy!

– Szybciej, szybciej, przecież zaraz będzie wejście!

I tak oto spokojny rodzinny spacerek zamienił się w marsz zorganizowany pod hasłem „przewodnik nie będzie na nas czekał”. Po drodze na szczęście trafiliśmy na coś, co wynagrodziło nam to małe przyspieszenie tętna. Jesienny las! Ścieżka wyściełana złotymi liśćmi, drzewa dookoła i ten cudowny klimat, przez który człowiek od razu ma ochotę wyciągnąć aparat i robić zdjęcia wszystkiemu, co nie ucieka. Nie wiem, jak Wy, ale my takie klimaty uwielbiamy. Gdyby nie perspektywa spóźnienia się na zwiedzanie, pewnie szlibyśmy znacznie wolniej. A potem dotarliśmy do zamku. Zmęczeni, lekko spoceni, ale szczęśliwi, że zdążyliśmy. Ja niemal biegiem ruszyłam do kasy kupić bilety. I wtedy nastąpił zwrot akcji.

Zwiedzanie indywidualne. Bez przewodnika. Można wchodzić, kiedy się chce, oczywiście w godzinach otwarcia. Słucham?! To my tu urządziliśmy sobie mały rajd górski, babcia z pięciolatką dzielnie nadawały tempo, a tutaj…no cóż. Żeby była jasność: możliwość wejścia o dowolnej porze jest bardzo wygodna. Problem w tym, że my nastawiliśmy się na coś zupełnie innego. Informacja na stronie była dla nas mocno myląca, a ja naprawdę liczyłam na przewodnika, który opowie nam trochę rycerskich historii. A wiecie co było najgorsze? Już w drodze powrotnej minęliśmy wycieczkę szkolną, która przewodnika miała! Czyli jednak się dało. Tylko nie nam. No pięknie. 😂

Zamek, gofry i ośmiornica. Kolejność dowolna!

Zanim jednak zaczęliśmy zwiedzanie, trzeba było rozejrzeć się po dziedzińcu. Na główny dziedziniec można wejść bez biletu, więc nawet jeśli nie planujecie zwiedzania wnętrz, warto wiedzieć, że nie wszystko zaczyna się od płacenia za wejście. Na miejscu znajdziecie kasę biletową, niewielki sklepik z pamiątkami, budkę z goframi, bezpłatne toalety i Karczmę Rycerską. Czyli wszystko, czego potrzeba do szczęścia podczas rodzinnej wycieczki: historia, toaleta, coś słodkiego i możliwość wydania pieniędzy na rzeczy, których absolutnie nie potrzebowaliśmy. No dobra, może poza toaletą. 😂

Sklepik oczywiście zaliczyliśmy. I oczywiście nie wyszliśmy z niego z pustymi rękami. Naszą zdobyczą została ręcznie robiona mała ośmiornica.

Tak, ośmiornica. Z zamku. Nie miecz, nie rycerz, nie smok, nawet nie figurka średniowiecznej damy. Ośmiornica!

Ale przyznajcie sami, czy to nie jest piękna pamiątka? 😂 Na szczęście znaleźliśmy też magnesik, więc kolekcja została uzupełniona o coś, co przynajmniej tematycznie pasuje do miejsca.

Karczmy Rycerskiej tym razem nie przetestowaliśmy, bo mieliśmy zaplanowany obiad gdzie indziej. Ale zapach kwaśnicy, który unosił się w okolicy, był tak kuszący, że do dzisiaj na samo wspomnienie cieknie nam ślinka. Czyli wiecie: człowiek przyjeżdża oglądać zamek, a wraca myślami do zupy. Życie. 😂

Zwiedzanie zamku, czyli co znajdziecie za murami?

Kiedy już pogodziliśmy się z faktem, że nikt nie opowie nam o zamkowych tajemnicach, ruszyliśmy na samodzielną eksplorację. A jest co oglądać! W kolejnych pomieszczeniach zaglądaliśmy w zakamarki, przyglądaliśmy się eksponatom i czytaliśmy tabliczki informacyjne. Były zamkowe komnaty, wypchane zwierzęta, trofea myśliwskie i kilka detali, które zdecydowanie przyciągają wzrok. Na przykład… wychodek w oknie. Bo przecież nawet w średniowieczu trzeba było gdzieś załatwiać swoje sprawy. Rycerz rycerzem, ale potrzeby fizjologiczne nie uznają tytułów szlacheckich.

Zwiedzanie bez przewodnika ma swoje plusy. Można chodzić we własnym tempie, zatrzymywać się tam, gdzie coś nas zainteresuje, i nie martwić się, że zaraz cała grupa ruszy dalej, a my zostaniemy z nosem przy gablocie. Ale ma też minusy. Bo nawet jeśli przeczytacie wszystkie tabliczki, to nadal nie to samo, co opowieść kogoś, kto potrafi ożywić historię. Zwłaszcza na zamku, gdzie aż prosi się o rycerskie anegdoty, mroczne tajemnice i opowieści o dawnych mieszkańcach.

A skoro już o mrocznych historiach mowa…

Ludzkie kości i historia Małgorzaty

Jeśli myślicie, że zamek to tylko kamienne mury, komnaty i widoki, to spokojnie. Jest też trochę klimatu, który przypomina, że dawne czasy wcale nie były takie bajkowe. Jednym z mocniejszych punktów zwiedzania jest możliwość zobaczenia ludzkich szczątków. Dobra, nie rzucają się na Was całe zwłoki. To kości. Ale za to – jak dowiadujemy się na miejscu – pochodzące od dwóch osób. Nagle człowiek przestaje myśleć wyłącznie o tym, jak fajnie wyglądałby w średniowiecznej sukni albo z mieczem w dłoni. Z tym miejscem wiąże się również historia Małgorzaty. Smutna, poruszająca i budząca jednocześnie grozę oraz współczucie. To opowieść o losie dziewczyny, który potrafi zostać w głowie na dłużej.

Wieża dla odważnych. Albo dla tych, którzy nie przeczytali ostrzeżenia?

Na zamku można również wejść na wieżę. Uwaga: nie jest to atrakcja dla osób, które lubią szerokie, wygodne schody i przestronne przejścia. Wejście jest dość wąskie, schody kręte, a przed rozpoczęciem wspinaczki czeka na Was informacja, że wchodzicie na własną odpowiedzialność. No i proszę! Mała dawka adrenaliny w cenie wycieczki. 😁

Jedni wchodzą bez zastanowienia, inni analizują każdy stopień, a jeszcze inni dochodzą do wniosku, że widoki z dołu też potrafią być piękne. Nie będziemy nikogo oceniać. Każdy ma swoje granice odwagi. W końcu po co komu dodatkowe atrakcje, jeśli już samo dotarcie pod zamek odbyło się w trybie „zdążyć przed przewodnikiem”?

Sala multimedialna, czyli idealne miejsce na odpoczynek… w teorii

Mniej więcej w połowie zwiedzania znajduje się sala multimedialna. A tam? Worki sako! Można wygodnie się rozsiąść, ułożyć jak człowiek po intensywnym zwiedzaniu i obejrzeć materiał edukacyjny wyświetlany na suficie. Przyznajcie, że brzmi to jak plan idealny. Niestety, nasza pięciolatka nie uznała akurat tego momentu za odpowiedni na odpoczynek. Bo wiadomo: kiedy rodzic widzi wygodne miejsce do siedzenia, dziecko natychmiast odkrywa, że jest jeszcze mnóstwo rzeczy do zobaczenia. I tak oto nie poleżeliśmy, nie obejrzeliśmy spokojnie prezentacji i nie naładowaliśmy baterii. Ale za to zwiedziliśmy dalej. Rodzicielstwo w pigułce. 😂

A po zamku? Jeszcze kawałek na spacer!

Po opuszczeniu zamkowych murów mogliśmy po prostu wrócić do samochodu, ale uznaliśmy, że szkoda kończyć wycieczkę tak szybko. Ruszyliśmy więc szlakiem czerwono-żółtym, w prawo od wyjścia z zamku, w stronę kładki dla pieszych nad Jeziorem Bystrzyckim. Ten odcinek ma niecały kilometr i prowadzi delikatnie w dół. Po drodze trafiają się niewielkie skałki, które dodają trasie trochę urozmaicenia. A na końcu czeka kładka!

I tu pytanie do tych, którzy byli w tym miejscu dawno temu: pamiętacie jeszcze ten stary, wiszący most z dziurami, który można było rozhuśtać?

Jeśli tak, to wiecie, o czym mówimy. 😁

Dzisiejsza kładka ma zupełnie inny charakter, ale również potrafi dostarczyć wrażeń. Pod wpływem wiatru delikatnie pracuje, co czuć podczas przechodzenia. Nie jest to może rollercoaster, ale jeśli ktoś liczył na całkowicie nieruchomy chodnik, może być lekko zaskoczony. My lubimy takie miejsca. Jest trochę natury, trochę ruchu, fajne widoki i okazja, żeby przedłużyć sobie wycieczkę bez konieczności planowania kolejnej atrakcji.

Powrót do samochodu i małe podsumowanie trasy

Do auta można wrócić tą samą leśną drogą. My wybraliśmy jednak łagodniejszy wariant i wróciliśmy drogą asfaltową, ulicą Spacerową, aż do ulicy Głównej. Samochody mijały nas sporadycznie, głównie te jadące w stronę hotelu, więc nie był to spacer wśród niekończącego się sznura pojazdów. Cała nasza wycieczka zamknęła się w nieco ponad 4 kilometrach i około dwóch godzinach, licząc zwiedzanie zamku. Jak na rodzinny wypad z babcią i pięciolatką – całkiem przyjemny wynik! Warto jednak pamiętać, że trasa do zamku prowadzi pod górkę, a wejście na wieżę wymaga pokonania wąskich, krętych schodów. Jeśli wybieracie się z małymi dziećmi, dobrze wziąć to pod uwagę.

Zamek Grodno – czy warto?

Pewnie, że warto! My po prostu uwielbiamy zamki i nawet jeśli byliśmy w jakimś miejscu kilka lat wcześniej, chętnie wracamy, żeby zobaczyć je jeszcze raz.

Czy pojedziemy ponownie? Pewnie tak. Za kilka lat, kiedy zdążymy zapomnieć część szczegółów i znów uznamy, że warto odświeżyć wspomnienia. 😂

Ale następnym razem jest jeden warunek. Idziemy z przewodnikiem!

Czy było drogo?

Bilety kosztowały nas 40 zł za bilet normalny i 30 zł za ulgowy. Nastawialiśmy się na zwiedzanie z przewodnikiem w cenie, bo tak zrozumieliśmy informację na stronie. Przy takim założeniu cena wydawała nam się w porządku.

Bez przewodnika? No cóż… tutaj można już dyskutować. Zwłaszcza kiedy człowiek liczył na garść historycznych ciekawostek, a dostał tabliczki do samodzielnego przeczytania.

Mimo wszystko wycieczkę zaliczamy na plus. Było trochę historii, trochę jesiennego lasu, odrobina adrenaliny, kusząca kwaśnica, której nie zjedliśmy, i ośmiornica, która absolutnie nie pasuje do średniowiecznego zamku, ale za to będzie nam przypominać o tej wyprawie.

Czyli jak zwykle: człowiek jedzie po historię, wraca z magnesem i ośmiornicą.

To co, jedziemy?


Informacje praktyczne

  • Miejsce: Zamek Grodno, Zagórze Śląskie
  • Parking: bezpłatne miejsca przy ulicy Głównej
  • Dojście do zamku: około 700 m szlakiem czarno-zielono-żółtym, pod górkę
  • Dalszy spacer: około 1 km w stronę kładki nad Jeziorem Bystrzyckim
  • Cała trasa: nieco ponad 4 km
  • Czas wycieczki: około 2 godziny ze zwiedzaniem
  • Ceny z naszej wizyty: bilet normalny 40 zł, ulgowy 30 zł
  • Wskazówka: przed przyjazdem sprawdźcie aktualne ceny biletów i zasady zwiedzania z przewodnikiem.


Komentarze

Skomentuj