Saint-Gervais – Francja, która miała być głównym celem

Długo zastanawiałam się, jak napisać ten wpis i doszłam do wniosku, że chyba najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego właściwie wybraliśmy Saint-Gervais? Odpowiedź na to pytanie niesie za sobą właściwie dalsze losy całej tej historii. Francja była głównym celem całej naszej wyprawy. Wszystkie miejscowości, które udało nam się zwiedzić po drodze – zarówno jadąc na miejsce, jak i później wracając – miały być tylko dodatkiem, przystankiem i miłym urozmaiceniem podróży. A tak naprawdę okazało się zupełnie odwrotnie. Każdy z nas jechał do Francji z trochę innym celem. Mój mąż chciał wejść na Mont Blanc i przede wszystkim bezpiecznie wrócić do nas na dół. Ja chciałam, żebyśmy wszyscy byli zdrowi podczas całej podróży. Delikatnie mówiąc, trochę nam nie wyszło.

Francja zaczęła się od rotawirusa

Mój mąż jest osobą, która praktycznie nigdy, ale to naprawdę nigdy, niczym się od nas nie zaraża. Ogólnie choruje mniej więcej raz na dziesięć lat. Ja jestem jego całkowitym przeciwieństwem. Jestem osobą przewrażliwioną na punkcie chorób, bakterii i wszelkiego rodzaju zarazków. Biegam za wszystkimi z płynem do dezynfekcji i pewnie gdybym mogła, dezynfekowałabym również powietrze. Los postanowił jednak zrobić nam psikusa. Ze Szwajcarii przywieźliśmy nie tylko super drogi magnesik, ale również rotawirusa. Tak. No cóż. Nie będę Wam tutaj opisywać szczegółów, bo jednak jest to blog podróżniczy, a nie pamiętnik z oddziału zakaźnego. Ale właśnie wtedy przekonaliśmy się po raz kolejny, że można zaplanować podróż do ostatniego szczegółu, a potem wystarczy jedna choroba i cały misternie przygotowany plan może się posypać.

Plan był piękny

Cały pobyt w Saint-Gervais był właściwie zaplanowany pod wyjście mojego męża w góry. Plan wyglądał tak:

Dzień 0 – przyjeżdżamy ze Szwajcarii, odpoczywamy, robimy zakupy i ogarniamy się na miejscu.

Dzień 1 – spędzamy dzień razem, poznajemy Saint-Gervais i obczajamy strategiczne punkty.

Dzień 2 – ja z córką zostajemy w miasteczku, a mąż idzie spać do schroniska Tête.

Dzień 3 – my znowu spędzamy dzień w miasteczku, a mąż nocuje w Goûter.

Dzień 4 – my nadal jesteśmy w Saint-Gervais, a mąż zdobywa Mont Blanc i wraca na noc do Goûter.

Dzień 5 – mąż wraca do nas na dół i spędzamy dzień razem.

Dzień 6 – wspólny dzień, zwiedzenie okolicznych miejscowości.

Dzień 7 – ruszamy w drogę powrotną.

Brzmi dobrze, prawda? Tylko że rzeczywistość miała dla nas trochę inny scenariusz.

A jak było naprawdę?

Dzień 1 – ja chorowałam.

Dzień 2 – ja zdrowiałam.

Dzień 3 – chorował mąż.

Dzień 4 – mąż zdrowiał.

Dzień 5 – mąż spędził noc w Goûter, ale ponieważ był jeszcze osłabiony po chorobie, nawet nie podjął próby zdobycia szczytu.

Ostatecznie skróciliśmy pobyt o jedną noc. Po prostu musieliśmy już stamtąd wyjechać. Bo chorowanie nie jest fajne nawet we własnym domu. A chorowanie w obcym miejscu, z dzieckiem, ze świadomością, że właśnie rozsypały się plany, na które czekało się naprawdę długo, jest wyjątkowo niefajne. Jedynym dużym plusem całej sytuacji był fakt, że nasza córka się nie zaraziła. I za to byliśmy naprawdę wdzięczni.

No dobrze, ale co udało nam się zobaczyć?

Skoro już byliśmy we Francji, to szkoda było cały pobyt spędzić wyłącznie w mieszkaniu. Chociaż właściwie trochę tak właśnie wyglądała nasza francuska przygoda. Na szczęście Saint-Gervais jest miejscowością, którą można spokojnie poznawać spacerując. I tak właśnie przespacerowaliśmy całe miasteczko po kilka razy. Saint-Gervais jest naprawdę urokliwe. To niewielka miejscowość, ale praktycznie w każdym miejscu rozpościera się przed nami widok na góry. Nawet zwykły spacer po zakupy potrafił skończyć się zatrzymaniem na chwilę, bo znowu gdzieś między budynkami pojawiały się góry. W centrum znajduje się kilka fajnych lokali z daniami obiadowymi, są też oczywiście lody i pizzeria. Czyli wszystko, czego człowiek potrzebuje podczas urlopu.

Basen, czyli atrakcja idealna na ponad 30 stopni

Pogoda była naprawdę upalna. Temperatury przekraczały 30°C, więc basen był jedną z atrakcji, z których korzystaliśmy kilka razy.

Piscine de Saint-Gervais

I tutaj również mieliśmy system dyżurów. W zależności od tego, kto był akurat zdrowy, a kto chory, ktoś chodził z córką na basen. Basen jest trochę oddalony od centrum miasteczka. Z naszego noclegu miałyśmy około 1,6 km w jedną stronę, więc spokojnie można było zrobić sobie spacer. Na miejscu jest część wewnętrzna i zewnętrzna. W środku są trzy baseny – jeden pływacki i dwa dla dzieci. Jeden z nich jest naprawdę bardzo płytki, właściwie taki do kostek, więc sprawdzi się nawet przy małych dzieciach. Na zewnątrz znajduje się niewielki basen ze zjeżdżalnią. Taką prostą – wejście po drabince i zjazd na dół – ale dla dziecka oczywiście wystarczająco atrakcyjną.

Co było fajne?

Przede wszystkim cena. Ale bardzo podobała nam się również duża liczba ratowników. Naprawdę mieliśmy wrażenie, że pilnują bezpieczeństwa i faktycznie obserwują to, co dzieje się w basenach. Na plus była też duża ilość dostępnych akcesoriów do pływania – deski, rękawki i inne rzeczy, z których można było korzystać.

A co nam się nie podobało?

Woda była dość zimna. I nawet przy temperaturze ponad 30°C na zewnątrz nadal było czuć chłód. Do tego na części wewnętrznej był ciągły przeciąg. Po dwóch stronach były wiecznie otwarte drzwi, więc niby człowiek siedział w środku, ale cały czas owiewało go powietrze. Chłodna woda + przeciąg = średnie połączenie. Jest też jedna rzecz, o której warto wiedzieć przed wizytą. Na basenie trzeba mieć całkowicie przylegający strój kąpielowy. Luźne kąpielówki nie są dozwolone. Jeśli ktoś nie ma odpowiedniego stroju, może kupić go na miejscu – i tutaj cena jest już zdecydowanie mniej sympatyczna. My oczywiście mieliśmy klapki. Wszyscy inni chodzili boso. Naprawdę wszyscy. Dodatkowo ludzie cały czas przechodzili pomiędzy basenem zewnętrznym a wewnętrznym. Na zewnątrz korzystali z trawy, a później wracali do środka, więc siłą rzeczy trochę tej trawy i wszystkiego, co na niej było, trafiało później do wody. Podczas naszych kilku wizyt nie widziałam ani jednej osoby sprzątającej. I niestety było to momentami widać, szczególnie w szatniach i pod prysznicami, gdzie woda po prostu stała. Ogólnie jednak – basen jest jedną z większych atrakcji Saint-Gervais, szczególnie kiedy temperatura przekracza 30°C. Chodziliśmy. Korzystaliśmy. I cieszymy się, że nie wróciliśmy z Francji z dodatkową pamiątką w postaci grzybicy.

Plac zabaw, który zawsze był pełny

Między naszym noclegiem a centrum znajdował się jeszcze niewielki plac zabaw. I był praktycznie zawsze pełen dzieci. Pewnie dlatego, że w górnej części miejscowości był właściwie jedynym większym placem zabaw, a innych atrakcji dla dzieci nie było tam zbyt wiele. Atrakcje na placu głównie pod małe dzieci, ale po całym dniu spacerowania był całkiem fajnym miejscem na chwilę odpoczynku nawet dla 5 latki.

Park Termalny

W dolnej części miejscowości znajduje się Park Termalny. I tutaj mamy jedną rzecz, którą naprawdę warto zapamiętać – można do niego zjechać windą. Winda jest darmowa, więc zamiast kombinować ze schodzeniem i późniejszym wdrapywaniem się pod górę, można po prostu z niej skorzystać. Można też oczywiście zejść pieszo. W parku znajdują się Les Thermes de Saint-Gervais Mont Blanc. My z term nie skorzystaliśmy, ponieważ wejście z dziećmi było możliwe tylko w określonych godzinach, a jakoś nigdy nie udało nam się tak zaplanować dnia, żeby się w te godziny wstrzelić. Sam park jest jednak bardzo fajnym miejscem. Można pospacerować wzdłuż rzeki, zrobić piknik, skorzystać z tyrolki nad rzeką, wejść na via ferratę albo pójść na plac zabaw. I właśnie ten plac zabaw podobał nam się bardziej niż ten w górnej części Saint-Gervais. Jeśli jesteście tutaj z dzieckiem, zdecydowanie warto zajrzeć.

Tramway du Mont-Blanc

Jedną z atrakcji, z których naprawdę chcieliśmy skorzystać, był oczywiście Tramway du Mont-Blanc. I tutaj nasz trochę pokręcony plan zadziałał całkiem nieźle – chociaż nie obyło się bez niewykorzystanych biletów które przepadły przez chorobę.

Mąż jechał w jeden dzień i po noclegu w Goûter czekał na nas na stacji. Następnego dnia my z córką dojechałyśmy do niego, a później razem wracaliśmy. Pociąg jedzie w górę około godziny i mniej więcej tyle samo trwa zjazd. Jeśli tylko będziecie mieli możliwość, polecamy usiąść przy oknie. Widoki są naprawdę piękne. To jeden z tych przejazdów, podczas których człowiek co chwilę robi zdjęcia, a po powrocie znowu zastanawia się, dlaczego połowa z nich wyszła przez szybę, odbicie albo palec. I tutaj jedna ważna rzecz – bilety warto kupić wcześniej. Najbardziej popularne godziny potrafią się wyprzedać, więc jeśli macie konkretny plan, lepiej nie zostawiać tego na ostatnią chwilę.

Ale co tam wjazd… widoki na górze. Pierwszy raz widzieliśmy Alpy. Zostaną w sercu na zawsze.

Gdzie spaliśmy?

Nasz nocleg to Nid douillet proche des pistes avec vue montagne, przy 743 Rue de Mont Lachat. Mieszkanie znaleźliśmy i wynajęliśmy przez Booking. Naprawdę możemy powiedzieć, że byliśmy zadowoleni. Lokalizacja była bardzo dobra. Do pociągu mieliśmy około minutę drogi, a do samego centrum i serca miasteczka może pięć minut spacerem. Mieszkanie znajdowało się w starym budynku, na czwartym piętrze. Składało się z dużego pokoju z kuchnią i łazienki. Nie był to oczywiście apartament z kategorii „luksus i marmury”, ale było komfortowo i mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy. A przy wyjeździe z dzieckiem, z kuchnią i dodatkowo z naszymi zdrowotnymi przygodami, możliwość przygotowania sobie normalnego jedzenia i spokojnego odpoczynku była naprawdę dużym plusem. Za pobyt zapłaciliśmy 498 € za 7 nocy. Ostatecznie wykorzystaliśmy 6 nocy, ponieważ wyjechaliśmy dzień wcześniej.

Co przywieźliśmy z Saint-Gervais?

Tutaj też nie mogliśmy oczywiście wrócić z pustymi rękami. Przywieźliśmy kilka pocztówek, kieliszek, miskę na sałatkę (lubimy kolekcjonować wyposażenie kuchni na wyjazdach) i oczywiście magnesiki. Na pamiątki wydaliśmy około 100 €.

Czy warto?

Mimo całej historii z rotawirusem, chorowaniem na zmianę, skróceniem pobytu i niespełnionym planem zdobycia Mont Blanc…tak. Saint-Gervais naprawdę nam się podobało. To miejsce, w którym nie trzeba mieć napiętego planu od rana do wieczora. Można spacerować, patrzeć na góry, zjeść pizzę, kupić lody, pójść na basen albo zjechać windą do parku. I chyba właśnie to najbardziej zapamiętaliśmy. Nie Mont Blanc. Nie wielkie atrakcje. Nie perfekcyjnie zrealizowany plan. Tylko małe miasteczko, góry w tle i nasze spacery po raz kolejny tą samą ulicą, bo przecież i tak nie mieliśmy dokąd się spieszyć. Kiedy ostatecznie zdecydowaliśmy, że skracamy pobyt, byliśmy już po prostu zmęczeni. Chorowanie, siedzenie w mieszkaniu, pilnowanie, żeby córka się nie zaraziła i świadomość, że cały plan z Mont Blanc właśnie się rozsypał, zrobiły swoje. Ale mieliśmy jedną rzecz, która trochę nas podnosiła na duchu.

Nie wracaliśmy jeszcze do domu.

Przed nami były Włochy. A że decyzje o skróceniu pobytu podjęliśmy popołudniu w dniu poprzedzającym wyjazd, mieliśmy trochę szalone poszukiwanie noclegu i pakowanie. Ale było warto.

Bergamo, Garda, Trento i kolejne miejsca, których jeszcze wtedy przecież nie znaliśmy. I właśnie myśl o tym sprawiała, że było nam trochę łatwiej. Francja nie wyszła tak, jak chcieliśmy. Ale urlop się jeszcze nie skończył. I wtedy jeszcze kompletnie nie wiedzieliśmy, że przed nami najlepsza część całej tej podróży. Dziś, kiedy myślę o Saint-Gervais, oczywiście pamiętam chorobę i niedoszły Mont Blanc. I zdecydowanie pamiętamy bagietki i masło z solą (mąż to nawet do tego stopnia że do tej pory nie jest w stanie spojrzeć na bagietkę:D). Ale pamiętam też piękne widoki, spacery po miasteczku, basen, przejazd Tramwayem i zwykłe siedzenie razem, kiedy już było trochę lepiej. I chyba właśnie takie są podróże. Można zaplanować wszystko. Można rozpisać każdy dzień. Można mieć bilety, noclegi, schroniska i dokładny plan wejścia na szczyt. A potem życie mówi:

„Nie. Tym razem zrobimy to trochę inaczej.”

I czasem trzeba po prostu odpuścić, spakować walizki i ruszyć dalej. My ruszyliśmy dalej. Francja – odhaczona. Nie tak, jak planowaliśmy. Ale jednak. A przed nami były Włochy. I naprawdę nie mieliśmy wtedy pojęcia, jak dobrze jeszcze będzie.

Ile wydaliśmy w Saint-Gervais?

Na koniec, jak zawsze, konkrety.

WydatekKoszt
🏠 Nocleg498 €
🚋 Tramway du Mont-Blanc – 2 dorosłych + dziecko114 €
🛒 Zakupy na miejscuok. 300 €
🎁 Pamiątkiok. 100 €
🏊 Basenok. 5 € / osoba / wejście
🍝 Danie obiadowe w restauracjiok. 22–30 € / osoba
🍕 Pizzaok. 10–16 €
🍦 Lodyok. 4 € / gałka

Chcecie zobaczyć zdjęcia?


Komentarze

Skomentuj