Góra Krzyżna w Rudawach Janowickich – miało być zdobywanie szczytów, wyszło moknięcie pod drzewem

Rudawy Janowickie to jeden z tych kierunków, które odwiedzamy regularnie już od wielu lat. Bywaliśmy tu zarówno na rowerach, jak i podczas pieszych wędrówek. Najczęściej odwiedzanym przez nas miejscem jest Mała Ostra, ale o niej opowiemy innym razem. Tym razem zawitaliśmy na Górę Krzyżną, czyli jeden z wierzchołków Gór Sokolich. Plan był ambitny: zdobywamy Górę Krzyżną, a potem lecimy jeszcze na Sokolik. Plan, jak to zwykle u nas bywa, musiał się dostosować do rzeczywistości. A właściwie do pogody. Trochę jak kameleon – zmienił kolor zależnie od sytuacji. 😄

Ale od początku.

Zaczynamy na Przełęczy Karpnickiej

Wycieczkę rozpoczęliśmy – jak to zwykle bywa – od parkingu na Przełęczy Karpnickiej. Parking jest płatny, a tym razem kosztował nas 20 zł. Aura tego dnia nie rozpieszczała. Deszcz było czuć w powietrzu, chmury wyglądały dość podejrzanie, ale postanowiliśmy zaufać pogodzie. W sensie: „Dobra, może nie będzie pięknie, ale przynajmniej stabilnie”. Jak się później okazało, była to bardzo odważna decyzja. 😂 W stronę Schroniska Szwajcarka ruszyliśmy szlakiem zielono-niebieskim. Na rozdrożu pod Trzema Koronami odbiliśmy w lewo, na zielony szlak prowadzący już prosto do schroniska. Podejście nie jest szczególnie wymagające, ale szlak jest całkiem przyjemny i szybko wchodzimy w leśny klimat. Po lewej stronie warto zwrócić uwagę na mural Wandy Rutkiewicz. Łatwo go przegapić, szczególnie jeśli człowiek skupia się na tym, żeby nie wywinąć orła na kamieniach i jednocześnie pilnuje młodego pokolenia.

Szwajcarka, kiełbaski i… ich brak

Pod Schroniskiem Szwajcarka czekało nas coś naprawdę nietypowego. Nikt nie palił ogniska. Nikt. Nie smażył kiełbaski. Nie było charakterystycznego zapachu dymu i kiełbasy unoszącego się w powietrzu. A przecież byliśmy tam już kilka razy i właściwie za każdym razem widzieliśmy kogoś smażącego kiełbaskę na kiju. Tym razem pogoda najwyraźniej skutecznie zniechęciła wszystkich do grillowania. My również nie robiliśmy postoju. Ruszyliśmy od razu w prawo, szlakiem czerwono-zielono-czarnym w stronę Husyckich Skał. Szlak prowadzi delikatnie pod górę, ale jest przy tym całkiem atrakcyjny dla dziecka. Kamienie są większe, mniejsze, trochę trzeba pokombinować, gdzie postawić nogę, więc nie ma nudy. A że mieliśmy konkretny cel, bez większego zatrzymywania ruszyliśmy dalej.

Góra Krzyżna – tu zaczyna się robić ciekawiej

Na czarnym szlaku odbiliśmy w lewo w stronę Góry Krzyżnej. Zrobiło się zdecydowanie stromiej. Młode pokolenie zaczęło powoli zgłaszać uwagi dotyczące dalszego funkcjonowania całej wyprawy. 😅 Na szczęście organizm został szybko doładowany odpowiednią ilością żelków i można było kontynuować zdobywanie szczytu. Ostatecznie młoda weszła na samą górę na własnych nogach. A końcówka jest naprawdę fajna, bo robi się już trochę bardziej wspinaczkowo. Dla dorosłego to oczywiście żadna wielka wspinaczka, ale dla małych rąk i nóg jest to już całkiem konkretna atrakcja. Na szczycie byliśmy już prawie pewni, że pogoda zrobiła nas w przysłowiowe jajo. Na horyzoncie było wyraźnie widać nadciągającą falę deszczu. A pogoda jeszcze chwilę wcześniej zapewniała:

„Ej, luzik. Ja tak tylko straszę. To wcale, a wcale nie znaczy, że zmokniecie”.

No jasne. Oczywiście mieliśmy plecak desantowy. Czy były w nim płaszcze przeciwdeszczowe dla naszej trójki? Nie bardzo. Kalosze? Też nie. Czyli standardowo – przygotowani na wszystko, czego akurat nie potrzebowaliśmy. 😂

Schronienie pod drzewem

Pierwszą falę deszczu przeczekaliśmy już podczas zejścia. Pod wyjątkowo szczelnym drzewem. Właściwie nie było najgorzej. Zamiast narzekać, zajęliśmy się obserwowaniem leśnych żuczków, które najwyraźniej miały gdzieś nasze problemy pogodowe. Po pewnym czasie deszcz ustał. I wtedy, w przypływie pełnego optymizmu, uznaliśmy: „Jesteśmy twardzi. Idziemy na Sokolik!” Bo przecież skoro przestało padać, to czemu nie? No właśnie.

Sokolik? Nie tym razem

Doszliśmy do przełączki. I wtedy lunęło ponownie. Tym razem się poddaliśmy. Na Sokolikach byliśmy już nie raz i nie dwa – jeszcze w czasach, kiedy można było wejść na nie bez dodatkowych ograniczeń. I na pewno jeszcze tam wrócimy. Ale tym razem nie było sensu walczyć z pogodą. Zwłaszcza że deszcz urządził sobie z nami małą zabawę. Kiedy zdecydowaliśmy:

„Dobra, wracamy” – przestało padać.

Więc:

„To co? Może jednak idziemy?”

Zaczęło padać. No dobra.

„To może chociaż obejdziemy Husyckie Skały?”

Przestało. Mniej więcej tak właśnie wyglądała nasza współpraca z pogodą tego dnia. 😂

Wyszło inaczej, ale też fajnie

Ostatecznie zamiast zdobywać kolejne szczyty, pokręciliśmy się trochę po skałkach. Wcale nie było źle. Wręcz przeciwnie – odkryliśmy nawet kilka skałek, których wcześniej nie znaliśmy. Udało nam się też wrócić do samochodu w miarę suchą stopą, co przy tej pogodzie uznajemy za całkiem spory sukces. Cała wycieczka wyszła nam na około 4 km. Młode dziecię nie było noszone ani przez chwilę – całą trasę pokonało na własnych nogach. Zajęło nam to około 2,5 godziny. Ale na swoje usprawiedliwienie mamy jedno:

sporo tego czasu spędziliśmy na kontemplowaniu możliwości uszczelniających liści. 😂 Czyli mówiąc wprost – siedzieliśmy pod drzewem i czekaliśmy, aż przestanie padać.

Czy polecamy?

No jasne!

Góra Krzyżna i okolice to bardzo fajny pomysł na rodzinny spacer. Trasa nie jest przesadnie długa, po drodze jest trochę kamieni, podejść i fragmentów, które dla dziecka są bardziej atrakcyjne niż zwykłe dreptanie leśną drogą.

A szczególnie polecamy jesienią.

Rudawy Janowickie o tej porze roku mają ten swój niepowtarzalny klimat – kolorowe lasy, skałki i widoki, które sprawiają, że nawet jeśli pogoda postanowi zrobić sobie z człowieka żarty, człowiek i tak wraca zadowolony. Tym razem nie zdobyliśmy Sokolika. Ale za to mamy kolejny powód, żeby wrócić.


Komentarze

Skomentuj