Czasami najlepsze punkty wyjazdu powstają właśnie wtedy, kiedy plan zaczyna się trochę sypać. Pierwotnie po wyjeździe z Francji mieliśmy pojechać prosto do Trydentu. Sama trasa zajmowała około 5–6 godzin, a biorąc pod uwagę postoje, robiło się z tego spokojnie 7 godzin w samochodzie. W takim układzie Trydent miał być raczej krótkim przystankiem niż miejscem, któremu poświęcimy cały dzień. Tyle tylko, że nasze plany dotyczące Francji trochę się zmieniły. Wyjechaliśmy wcześniej i dzięki temu zyskaliśmy cudowny dzień w Bergamo, o którym pisaliśmy już tutaj. A skoro z Bergamo do Trydentu mieliśmy już tylko około dwóch godzin drogi, nagle okazało się, że mamy trochę więcej czasu. I wtedy pojawił się pomysł: skoro i tak jesteśmy we Włoszech, a na dworze jest prawie 40 stopni, to może zamiast całego dnia zwiedzać Trydent, zrobimy sobie po drodze dłuższy przystanek nad Gardą?
Garda zamiast kolejnego dnia w samochodzie
I tak trafiliśmy do Torbole. Córka akurat zasnęła w samochodzie, więc kiedy się zatrzymaliśmy, nie miała pojęcia, gdzie jesteśmy. Dla niej Garda była więc kompletną niespodzianką. Dla nas była natomiast świetną rekompensatą za niewykorzystaną kąpiel w Jeziorze Genewskim. Tym razem miała już strój kąpielowy i pełną swobodę – można było w końcu korzystać z wody bez kombinowania. Na postój wybraliśmy Spiaggia di Torbole. Udało nam się nawet znaleźć darmowy parking przy Via alle Peschére, dosłownie około 5 minut spacerem od plaży. Przy temperaturze sięgającej 40 stopni i w samo południe spodziewaliśmy się raczej plażowego ścisku. Tymczasem było naprawdę całkiem swobodnie. Nie trzeba było leżeć „koc w koc” z innymi plażowiczami, a z naszego miejsca mieliśmy wygodny dostęp do wody. I tak zamiast kolejnego długiego przejazdu dostaliśmy kilka godzin bardzo przyjemnego odpoczynku. Jedzenie mieliśmy jeszcze z Bergamo, więc na plaży urządziliśmy sobie po prostu piknik. Po drodze kupiliśmy tylko lody – 4 euro za gałkę. Woda wydała nam się dość zimna, ale być może przy temperaturze powietrza sięgającej 40 stopni różnica była po prostu bardziej odczuwalna. I tak wodnych zabaw było wystarczająco dużo.
Romagnano i nocleg, który nas zaskoczył
Po plażowaniu zaczęliśmy kierować się w stronę naszego noclegu. Spotkało nas tutaj kolejne miłe zaskoczenie. Nocleg rezerwowaliśmy przez Booking. Wybraliśmy Agriturismo La Casa Gialla przy 31 Via dei Pomari, a za noc dla naszej trójki, razem ze śniadaniem, zapłaciliśmy 111 euro. Patrząc wcześniej tylko na zdjęcia, nie nastawiałam się szczególnie optymistycznie. Raczej myślałam: „OK, to tylko jedna noc”. Jak miło jest się czasami pozytywnie zaskoczyć. Na początku w ogóle nie mogliśmy odnaleźć obiektu, ponieważ znajduje się on poniżej głównej drogi. A kiedy już trafiliśmy na miejsce, okazało się, że właściwie mieszkamy… wśród winorośli i jabłoni, otoczeni górami. Brzmi pięknie? Tak samo wyglądało na żywo. Sam pokój również bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Była klimatyzacja, która przy 40 stopniach na zewnątrz była wręcz zbawienna, wygodne łóżka, dostępna woda do picia i duża łazienka z udogodnieniami dla osób z niepełnosprawnościami. Do tego lokalne kosmetyki o naprawdę cudownym zapachu. A rano czekało na nas śniadanie z lokalnych produktów i świeżo wyciśnięty sok z jabłek pochodzących z własnej plantacji. Naprawdę możemy polecić to miejsce z czystym sumieniem.
A co z Trydentem?
Po południu ruszyliśmy w stronę Trydentu. Zjedliśmy późny obiad – czyli kolejny makaron do naszej włoskiej kolekcji wypełniania brzucha. 😂 Tym razem jednak Trydent zafundował nam również pewną nowość. Było to jedyne miejsce podczas całego naszego pobytu we Włoszech, w którym zapłaciliśmy coperto, czyli opłatę za nakrycie stolika. Sam obiad kosztował około 22 euro za porcję, do tego doszła woda i coperto. Tym samym był to najdroższy obiad, jaki zjedliśmy we Włoszech.
A jak smakował?
Zdaniem Pawła:
„Lazania dobra, ale nie tak dobra jak w Bergamo”.
Chyba trudno o bardziej szczegółową recenzję. 😂
Po obiedzie przyszedł czas na spacer po starym mieście. Zobaczyliśmy przede wszystkim Piazza Duomo, czyli serce Trydentu, z fontanną Neptuna i katedrą św. Wigiliusza. Poszliśmy też bocznymi uliczkami, trochę bez większego planu. Trydent nie zrobił na nas tym razem wielkiego „WOW”. Ale uczciwie mówiąc – nie zobaczyliśmy przecież zbyt wiele. Być może kiedyś damy mu jeszcze jedną szansę. Może wtedy pokaże nam trochę więcej i czymś nas zaskoczy. Kupiliśmy jeszcze malutkie magnesy – po 2,50 euro za sztukę – i ruszyliśmy dalej.
Najpiękniejszy był jednak wieczór
Właśnie tutaj kryje się jedna z tych rzeczy, których nie da się zaplanować w przewodniku. Wracaliśmy do naszego agriturismo w Romagnano. Dzień powoli gasł. Gorące powietrze nadal było wyczuwalne, ale słońce schowało się już za górami i została po nim tylko delikatna poświata.
Przed nami były niekończące się alejki między drzewami i winoroślami.
Czuć było ciepłe powietrze, winogrona i jabłka.
Pod stopami chrzęścił piasek i drobne kamyczki.
I nagle okazało się, że wokół nas jest właściwie… cisza.
Taka prawdziwa.
Właśnie ten wieczór zapamiętamy z tego dnia najbardziej. Bo Garda nie była w naszym planie. Torbole miało być tylko krótkim przystankiem. Trydent miał być szybkim punktem na trasie. A wyszedł z tego jeden z tych dni podczas podróży, które powstają zupełnie przypadkiem – trochę dzięki zmianie planów, trochę dzięki pogodzie, a trochę dlatego, że po prostu pomyśleliśmy:
„A może zatrzymajmy się tutaj na chwilę?”
I dobrze, że się zatrzymaliśmy.
Ile kosztował nas ten dzień?
- parking w Torbole – 0 €
- jedzenie na plaży – zabrane z Bergamo
- lody – 4 € za gałkę
- nocleg w Agriturismo La Casa Gialla ze śniadaniem – 111 €
- obiad w Trydencie – około 22 € za porcję + woda + coperto
- magnesy – 2,50 € za sztukę
Jak na dzień, którego właściwie nie mieliśmy w planach, całkiem nieźle.
Zajrzyjcie do galerii:


Skomentuj